Najpierw zachwyciłem się jego albumem debiutanckim, później pisałem też o EP-ce. Żałowałem, że było tak krótko. Teraz jestem w pełni zaspokojony, bo „BLOOM” to znowu znakomity materiał. Zresztą nie tylko ja tak uważam – artystę niedawno doceniono statuetką Grammy za najlepszy album progresywnego R&B..
Każdy solowy album tego artysty to zawsze ciekawość. Bo chyba nie ma wątpliwości, że to jeden z ciekawszych wokalistów na naszym rynku, ale jego twórczość to najczęściej wielka niewiadoma – nie zawsze jest tak dobrze, jak byśmy się tego spodziewali.
Rok wcześniej był „Blac Friday”, bardzo osobisty album. O miłości, prawdziwej i trudnej. Teraz jest jeszcze bardziej intymnie: o samotności, tęsknocie i niepokoju. Bo dla niego ważne jest, to o czym nam opowiada. Przy okazji oprawia to w piękną muzykę, w rezultacie słuchamy ciekawego materiału, ale ciągle jest to bardziej szczere wyznanie, rozmowa w cztery oczy, niż myślenie o masowym słuchaczu.
Ten album pojawiał się w wielu podsumowaniach najlepszych polskich płyt ubiegłego roku. Nawet były zwycięstwa w kilku redakcjach, więc musiałem się zainteresować. I co? I nic. Płyta nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Ani dobrego, ani złego.
Już nie pamiętam jak trafiłem na ten album, pewnie znowu streaming mi podpowiedział. I znowu trafił, bo to piękna, mądra płyta z wieloma dobrymi znajomymi, ale jego główny bohater był dotąd dla mnie osobą nieznaną.
Taco Hemingway, jako artysta, jest Warszawą. Nawet kiedy w niej okresowo nie mieszka, bo jak to mówią: można się wyprowadzić ze wsi, ale wieś w tobie pozostanie. Co prawda artysta umiał też poruszać się w innych obszarach, ale zawsze wracał do swojego miasta, bo choćby: „Trójkąt warszawski”, „Pocztówka z WWA”, czy połączenie albumów „Jarmark” i „Europa”. Teraz mamy kumulację.
Ten album to właściwie składanka, bo Robert Glasper wybrał kilka najciekawszych fragmentów ze swojego bogatego dorobku koncertowego. Dominują utwory z gośćmi, ale te całkowicie instrumentalne są równie imponujące. Najczęściej można się zdziwić, że to nagrania na żywo, bo jest bardzo perfekcyjnie, niemalże laboratoryjnie, ale przy tym towarzyszy nam myśl że słuchamy dobrze opowiedzianej historii.
Ta piosenka Stevie’go Wondera może nie jest tak znana jak kilka innych hitów artysty, ale przegląd nowych wykonań pokazał, że “Love’s In Need of Love Today” cieszy się dużym szacunkiem wśród największych gwiazd, można więc powiedzieć, że to ukryta perełka w bogatym repertuarze Wondera. Ta piękna ballada otwiera album “Songs in the Key of Life” z 1976 roku.









