Skip to content
21 mar / Wojtek

Wojtek Mazolewski – „Chaos pełen nadziei” [RECENZJA]

Wszystkie plebiscyty muzyczne pokazują, że dzielenie muzyki na gatunki stylistyczne nie ma większego sensu. Dzisiaj jest tyle przykładów przenikania się i wzajemnego inspirowania, że próba klasyfikowania jest potrzebna chyba tylko do włożenia do odpowiedniej kategorii w wyścigach. Płyta Wojta Mazolewskiego, przez niektórych nazwana popową, jest właśnie takim „dziwolągiem”, którego definiować gatunkowo nie wolno. Po prostu trzeba skupić się na świetnej muzyce.

www.youtube.com/watch?v=EUUjPfPBIlc

Okazuje się, że muzyk dotychczas świetnie poruszający się w muzyce instrumentalnej, potrafi nagrać interesujący materiał z piosenkami. To wszak tendencja światowa z długą listą wybitnych muzyków, którzy do swoich projektów zapraszają wokalistów. Mazolewski z tą częścią poradził sobie znakomicie – wybrani przez niego śpiewający świetnie wpasowali się w zaproponowaną stylistykę, ale także w dużej mierze pozostali sobą. Promujący singiel „Organizmy żywe” z wciąż młodą Justyną Święs zdobył listy przebojów, oczywiście tylko tych nieco ambitniejszych audycji. Znakomicie poradzili sobie Piotr Zioła, Misia Furtak i Wojciech Waglewski. Największą niespodzianką jest dla mnie piosenka w wykonaniu Johna Portera, bo nigdy nie zauważyłem, że jest tak sprawnym technicznie wokalistą. Podoba mi się także ciekawy eksperyment – nowa aranżacja z tym samym, lekko manierycznym wokalem Janusza Panasewicza w piosence „Vademecum skauta”. I o to właśnie chodzi w nowym odczytaniu piosenek. Brawo.

www.youtube.com/watch?v=lcCAdPgejHc

Ozdobą płyty jest dla mnie piosenka „Angel Of The Morning/Bangkok” śpiewana przez Natalię Przybysz. Tak świetnie wykonanej polskiej piosenki nie słyszałem dawno.

www.youtube.com/watch?v=6vwWyp5jz-M

I właściwie na tym można skończyć moje miłe wrażenia, jednak zostaje jeden drobiazg, który mocno te wrażenia zepsuł. Nie mogę zrozumieć, jak wśród solidnych, wyraźnych i mocno określonych śpiewających artystów mogła się znaleźć piosenka w wykonaniu Ani Rusowicz. Ta wokalistka, dotychczas kojarząca mi się z wokalnym badziewiem, tutaj potwierdza swoją przynależność do ligi niższej. A żeby jeszcze tego nie było mało, to ktoś wymyślił, że wokalistka zaśpiewa po angielsku. Ten żenujący wykon może bym jakoś przeżył, gdyby nie towarzystwo świetnych muzyków i wokalistów biorących udział w nagraniu płyty. Na tym tle występ Rusowicz jest dla mnie nieporozumieniem.

Wracając jednak do pozytywów, bo to w końcu bardzo udana płyta. To co zwraca także uwagę, to świetna strona instrumentalna. Mazolewski zadbał o to, aby wszystkie piosenki brzmiały godnie. I wcale nie ma tu specjalnego przeładowania, bo muzycy dbają o to, aby za każdym razem środki były dostosowywane do zaplanowanego efektu, a nie odwrotnie, co jest częstą bolączką naszych artystów. Znakiem charakterystycznym wielu aranżacji jest tu ciekawy pomył oparcia akompaniamentu na krótkich motywach melodyczno-rytmicznych. Ten ostinatowy charakter jest dla mnie właśnie znakiem rozpoznawczym aranżacji zaproponowanych przez Mazolewskiego.

7/10

Jeden komentarz

zostaw komentarz
  1. Magda / 24 mar 2017

    Mój ulubiony artysta 😀

Zostaw komentarz